Dobrą karmę nie zawsze przyjmiesz…

Wczesne weekendowe popołudnie,
zbieram się do sklepu po chleb i zestaw kacowy dla mojego lubego, który „zagadał się” wczoraj z moim kochanym bratem („Pan Ten”)…
Przed osiedlowym marketem stoi staruszka, obok niej wypchany po brzegi wózeczek na dwóch kółkach, na ramieniu opasła torba… Pani stoi lekko zasapana i duma, chyba nad sensem istnienia.
Myślę, a co mi zaszkodzi, trzeba wesprzeć…
Pytam – Przepraszam, może pomogę?
słyszę – Pani se pójdzie za swoją sprawą, dziękuję – tonem dość obmierzłym i nieznoszącym sprzeciwu.Weszłam do sklepu, uznając przekomarzanie się z Panią za całkowicie bezsensowne, zrobiłam podstawowe zakupy i jak to w mojej dzielnicy, zagadałam się z Panią przy wędlinach, z którą dyskutowałam o najlepszym miejscu oddania nowo narodzonych kociąt, z Panią przy kasie, oceniałam nową sukienkę na wesele jednej z klientek, oczywiście pokazaną, włącznie z szalem i czerwonymi bucikami, skomplementowaną i dokompletowaną odnośnie ewentualnego makijażu i kolczyków….
zapłaciłam za zakupy dołączając pytanie „ile płaczę” i wyszłam zadowolona z siebie.

Dziesięć metrów za marketem starsza Pani z wózkiem dalej próbowała dowlec się do domu.
Było mi jej żal, ale sposób w jaki odmówiła pomocy dał mi jednoznacznie do myślenia, że naleganie, byłoby próbą złamania jej dumy.

Wróciłam do domu, otrzeźwiłam mojego ukochanego sokiem z pomidorów podanych w szklance z lodem oraz izotonikiem i po godzinie przekonywania i różnego typu jeśli nie to… przekonałam do wyprawy na ogródek teściowej.

Wychodząc z bloku zauważyliśmy starszą Panią odpoczywającą na ławce przed klatką. Od momentu jak wyszłam ze sklepu, pokonała całe dwadzieścia metrów.

Opowiedziałam W. historię mojej chęci pomocy.
– nie chciała, to nie, szkoda, że tak niemiło – odpowiedział
– nie– powiedziałam – to nie sarkazm, niechęć, złośliwość… to duma, brak pogodzenia się z losem zniedołężnienia. Pamięć tego jak było kiedyś. Chęć radzenia sobie samemu, bez polegania na innych. Nie ważne, że przebycie kolejnego metra to godzina z życia, nie ważne, że wózek ciąży, to jest duma. Brak pogodzenia z samym sobą i swoimi słabościami, brak umiejętności zaakceptowania bezinteresownej pomocy innych.
Rozumiem to, ale nie zgadzam się z tym.

Nie wiem jak będzie ze mną za przykładowe czterdzieści lat, ale uważam, że warto zapytać, zaoferować pomoc, wsparcie. Myślę, że ja bym ją przyjęła, ciesząc się, że w innych można jeszcze znaleźć dobro.

podpisano – Pani Teges

4 Replies to “Dobrą karmę nie zawsze przyjmiesz…”

  1. Nie znam takich kobiet, ale znam mężczyzn honorowych do bólu. Mówią, że u nich wszystko w porządku i nie potrzebują pomocy (a widać, że stoją na ostatnich nogach). Dlaczego tak robią? Pożyję dłużej, to się dowiem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *