Polska wieś i jej mini społeczności.

Polska wieś i jej mini społeczności

W tym roku postanowiliśmy z W. spędzić wakacje niskokosztowo.
Jak nigdy ciesząc się, że moja M. w ramach planów emerytalnych, z Warszawy przeniosła się na wieś, wykorzystaliśmy miejscówkę we Wschodniej Polsce.
Wiecie… pola, lasy, natura, etc…

To był pierwszy raz, kiedy zamiast krótkiego weekendu, spędziliśmy w wiosce Z. więcej niż 2 dni.
Mieliśmy ponad tydzień na wczucie się w życie lokalnej społeczności.

Marzycie o przeniesieniu się na wieś i swojskim życiu zgodnie z naturą?

Opiszę Wam więc jak to tak na prawdę wygląda…
Nie jestem obiektywna, patrzę oczami swoimi i mojej M., która chcąc czy nie, musiała wpasować się w lokalny tryb.

Naszą wieś nazywać będę „Z”
Na co komu pełna nazwa? Wierzcie lub nie, ale na większości polskich wsi dostępne jest stałe łącze :) a tu już więcej plotek nie potrzeba.

Przyjechaliśmy, Ja, Pan Teges i Pan Myślnik.
Szczęśliwi widokami, pijani powietrzem.
Pan Myślnik zaraz zasiadł pod sklepem „na piwo”.
Tak, Kochani, pod sklepem spotykają się Panowie ze wsi Z.
Siadają na ławeczce, dyskutują, wymieniają się spostrzeżeniami z życia.

Pan Myślnik wczuł się idealnie. Po 10 minutach na sklepowej ławeczce zorganizował sobie 5 litrów mleka prosto od krowy.
Nie wiedział jeszcze, że wiejska ławeczka jest głównym miejscem interesów i wchodzenia w lokalne więzi oraz, że nie będzie w stanie wypić tyle mleka!

Pod sklepem dogaduje się zaoranie pora, skorzystanie z wędzarki do mięs, tańsze drewno i nasiona, wózek do przewiezienia butli gazowych i pomoc w zbudowaniu kurnika.
Tutaj spotyka się lokalna społeczność i jeśli nie pijasz piwa za 2 złote, po prostu do niej nie należysz.
Nie masz funduszy, bo do rentki 2 dni? Pani w sklepie otworzy Ci „kreskę”.

Ławeczka zastępuje kawiarnię, pub, kino, teatr, spacer po parku, klub taneczny i Dom Kultury.
W Warszawie mamy kursy salsy, knajpki, lokalne Domy Kultury, puby i nawet spotkania z sąsiadami w lokalnym markecie.
Co ma powiedzieć człowiek ze wsi liczącej 250-ciu mieszkańców? Tyle co mój trzy klatkowy blok na warszawskim Bródnie?

Typowy dzień na wsi rozpoczyna się od przyjazdu samochodu piekarni.
Pod PGR-owskim blokiem ustawia się kolejka po pieczywo.
Chwilę później podjeżdża samochód z wędlinami.. W kolejnej kolejce ustawiają się mieszkańcy po baleron, ogonówkę, szynkę i kiełbasę.
Pieczywo przyjeżdża o 7:30 rano…
Nie skoczysz do sklepu po chleb o 12:00, nie kupisz 10-ciu deko sopockiej w Carrefourze.
Chcesz coś więcej? Zasuwaj samochodem 30 km do najbliższego miasta.

Dzieci…
To coś czego brakowało mi w Warszawie.
Dzieci bawiące się na podwórku, a nie tylko starsze Panie na podwórkowej ławeczce.
Tutaj dzieci zbierają się na kocu na trawniku, grają w karty, rozmawiają lub jeżdżą na rowerach.
Dziwne? W mieście już tego nie ma.
Nietypowe? Tu wciąż funkcjonuje zabawa na trzepaku!

Plotki?

Oczywiście, że są.
Przykładów jest wiele.

Postanowiłam uzbierać polny bukiet, wiecie, taka suszka na pamiątkę wakacji.
Minęłam garaże, mówiąc standardowe dzień dobry Paniom stojącym obok.
Nie przeszłam nawet progu niesłyszalności a do moich uszu dotarło
– A to córka tej?
– No, to ona, 3 dni temu przyjechała.

Usiedliśmy na balkonie ciesząc się słońcem i popijając zimne piwo
Wieczór minął w atmosferze śmiechu i wspomnień.
Dwa dni później dowiedzieliśmy się, że …
przyjechały do niej dzieci i nic nie robią tylko piwo na balkonie chlają.

Pomińmy jednak wiejskie plotki i skupmy się na otoczeniu.
Pola, lasy, łąki.
To jest coś co mnie totalnie uwiodło.

Wychodzę za blok.
Idę ścieżką.
Czuję polne kwiaty i zapach siana.
Docieram do małego lasku. Spoglądam na sosny i zastanawia mnie ta cisza.
Lekki szum wiatru i żar słońca na ramionach.
Jest ciepło, nie dzieje się dosłownie nic, tylko źdźbła uginają się na lekkim wietrze, a mrówki pracowicie wspinają się na łodygę dziewanny.
Po prostu cisza.
Otumaniająca, pochłaniająca w całości, dająca ukojenie i spokój.
Nigdy takiej nie poznałam.

W moim dniu jest pełno dźwięków. 
Samochody, tramwaje, szum metra sunącego po torach w tunelu.
Rozmowy ludzi w kolejce do sklepu, dźwięk obcasów na chodniku.
Szum komputera uruchamianego w pracy, rozmowy przy papierosie na patio, dźwięk sztućców w korporacyjnej kantynie.
Winda w bloku, zamykanie i otwieranie bramy na korytarzu, trzaskające drzwi.
Dotarło do mnie, że nie znam pojęcia ciszy…

Nadchodzi noc 
Noc jest inna.
Nie świecą latarnie, nie słyszę szumu samochodów i odgłosów z telewizora sąsiada nade mną.
Nie czuję obecności ludzi na ulicy, wracających z imprezy, nocnego sklepu lub domówki z klatki obok.

Noc jest ciemna.
Wychodzimy na zewnątrz.
Chwytamy latarkę. Podchodzimy na pole, rozkładamy koc i kładziemy się.
Spoglądam w niebo, w okół nic nie widać. Nie widzę swoich stóp, dłoni, palców.
Latarnie świecą tylko w zimie, i tylko do 20:00.

Patrzę w górę, leżąc bezpośrednio na ziemi.
Gwiazdy zlewają się w całość, jakby nie mieściły się na niebie.
Wokół wielu z nich widzę otoczkę, ktoś rozlał mleko, rozsypał na niebie kaszę manną. One się tam nie mieszczą!
W życiu nie widziałam tylu gwiazd!
Nakładają się na siebie, całe niebo pokryte jest białymi, świecącymi plamami.
Kocham wieś, kocham czyste niezabrudzone smogiem niebo, dociera do mnie, że nie ma sensu wypatrywać perseidów w Warszawie :)

Mijają kolejne dni… 
Próbuję zrozumieć rytm tutejszego życia.
Staram się obserwować, podglądać innych.
Nie, nie widzę patologii poza krzykami z okna na przeciwko.
Wszystko jest po prostu zorganizowane.
Kumy siadają pod blokiem i rozsiewają plotki.
Busy sklepowe podjeżdżają o konkretnych godzinach.
Wioskowy sklep czynny jest do 18:00. Kupisz w nim… piwo, podpaski i mrożonego kurczaka.
Życie toczy się z dnia na dzień, tak po prostu.
Nikt nie czyta wierszy, thrillerów ani wysublimowanych psychologicznych powieści…
Żyją prozą dnia codziennego, to ich własna opowieść.

Wstajemy rano i życie toczymy w garażu.
Oj tak, to jest to miejsce.
Dla E. śrubki, młotki i piły to chyba całe życie.
Siadamy przy piwie albo zbieramy na polu zioła. Dziewanna, skrzyp, jarzębina, krwawnik. Suszą się przed garażem i jadą na sprzedaż.

Co innego poza ziołami mogła wymyślić starsza M.?
Kury:) Nasze wiejskie kurki, znoszące jajka.
Uwierzcie mi, w końcu poczułam co to jajco na miękko, które ma smak.
Na polskiej wsi pierwszy raz poczułam smak. Wędliny, sera, jajek, pieczywa, wszystkiego!
Głaskałeś kiedyś kurę?

Poczułam czym jest przestrzeń

Nie chcąc być obiektem kolejnych plotek i podglądania przez sąsiadów, polazłam ze zwieszonym ramieniem na pole.
Nie chciało mi się nic.
Pochłonęło mnie totalne wakacyjne lenistwo.
Postanowiłam iść przed siebie i spróbować pozbyć się uczucia niedokończonych spraw w moim pomiętolonym mózgu.

Czas mijał sielsko, jeśli nie wsłuchiwało się w otoczenie.
Chwilami miałam dosyć kum na ławce, które obmawiają mój wygląd od stóp do głów, zastanawiając się czy jestem podobna do M. czy nie.
Nie winiłam ich za plotki widząc jak mało bodźców ze świata zewnętrznego mają, ale mimo wszystko… każdy ma swój limit.

Było przyjemnie, tak. Książka, słońce, błoga nuda. 
Ale…
Brakowało mi miasta, tłumu, świateł, nawet smogu.
Nie to, że jestem warszawskim wyjadaczem i codziennie jem obiad w innej knajpie.
Nie biegam w obcasach po znanych ulicach i nie bywam w modnych miejscach.
Jestem miejskim alienem, ale mimo wszystko miejskim.
Określcie mnie jako nudną laskę – spoko.
Swoje wyskakałam już na parkietach, innymi słowy, miałam czas się wyszaleć i zobaczyć czego chcę.
Nie, nie jestem stara. Po prostu szukałam swojego miejsca i powoli się w nim urządzam.

Żeby poczuć jak dobrze mi samej, potrzebuję jednak ludzi w okół. 
Ciasnoty, braku przestrzeni, spoconych ludzi w autobusie, klaksonów, spóźnionego autobusu i braku czasu.
Tylko wtedy, mając te kilka godzin wieczorem i dwa dni weekendu, korzystam na prawdę z ciszy i spokoju.
Może to dla tego, że w tym całym biegu jest na to tak mało czasu?
Jeśli mamy limit na 2 godziny relaksu czy nie korzystamy z tego pełniej niż gdybyśmy mieli na to 2 tygodnie?

Nie umiem cieszyć się wsią tak jak trzeba.
Sielskie obrazy są piękne, cisza i spokój też, ale nie umiałabym tak żyć na codzień.
Wieś jest dla wybranych.
Wymaga wytrwałości, wyrozumiałości i przede wszystkim – totalnej akceptacji samego siebie.
Jak inaczej żyć w zamkniętej społeczności, pod czujnym okiem obserwatorów kum?
Jak zaakceptować wieczne plotki na swój temat, niekoniecznie ciche i dyskretne?
Jak żyć w miejscu, z którego nie uciekniesz do innej dzielnicy?
Nie schowasz się w miejskim zakamarku żeby napić się piwa na smutki, zrobić coś głupiego i nigdy nie wrócić?
Każdy Twój czyn, każde słowo, każda głupota zostaną skrzętnie zanotowane u wioskowych kum, doplecione, uzupełnione o wyimaginowane szczegóły i rozpowszechnione skrzętnie pośród wszystkich mieszkańców.

Nie, nie umiem żyć w miejscu bez wyjść awaryjnych.
W moim życiu musi być droga ucieczki.

podpisano: Pani Teges

2 Replies to “Polska wieś i jej mini społeczności.”

  1. Ech wy miastowe, bez mamuśki miasta nie przeżyjecie miesiąca. Mieszkamy w lesie od 25 lat, przedtem długo zagranica i trochę Warszawy. Sami zbudowaliśmy w 50% nasz dom z drewna, kominki, instalacje, ujęcie wody, woda jest tak czysta że pijemy z kranu., Opalamy drewnem. Jajka, mięsko, chleb, jak 50 lat temu, prawdziwe….. jarzyny z własnego warzywnika, do sklepu 3,5 kilometra. Za żadne, dosłownie żadne pieniądze nigdy do miasta !!!! Choć do pracy jednej i drugiej mają dziewczyny 14 km. Ja już emerytura, ale robota jest zawsze „przy domu” i widać ją, jest materialna.

    1. Oczywiście, cudownie jest mieszkać na wsi na emeryturze, ale jak miałaby przeżyć osoba młoda? Gdzie miałaby zdobyć pieniądze na utrzymanie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *