Wróg czy przyjaciel? Każdy sąsiad myśli inaczej!

Znacie to uczucie, kiedy sąsiada najchętniej wystrzelilibyście w kosmos?
Ja znam, Pan Ten również.

W tym wpisie poznacie dwie wersje podobnych wspomnień. Chwile z dzieciństwa widziane oczami rodzeństwa.

Całe życie mieszkam w blokach. Z rodzicami w dzieciństwie, w wynajmowanych mieszkaniach później.

Z czasów dzieciństwa, pamiętam ogromną ilość cioć i wujków.
Przyjaźnie zawierane były głównie na naszym piętrze.
Pamiętam kto pod jakim numerem mieszkał. Z ich dziećmi bawiłam się na podwórkowym trzepaku.
Na wieczorkach domowych pojawiała się gospodyni bloku i sąsiadka z mieszkania przy schodach.
W tłusty czwartek, upieczone przez M. pączki roznosiłam po mieszkaniach na piętrze piątym, szóstym i czwartym.

W domu wcześnie zaczęłam zostawać sama, Odpowiedzialne dziecko?

Już pod koniec pierwszej klasy podstawówki wracałam żwawo ze szkoły z kwadratowym tornistrem na plecach (wyobrażacie sobie puszczenie 7-latka samego dzisiaj?!)
Problem?
Żaden!

Nie sięgałam do zamka w drzwiach, otwierał mi je sąsiad.
Po południu sąsiadka odgrzewała mi u siebie w domu obiad zostawiony przez moją M.
Nie raz dostawałam od niej przepiękne porcelanowe laleczki do zabawy (nawet nie pytajcie ile z nich potłukłam).

„Wójek” spod 41 podrzucał mnie do szkoły trabantem razem ze swoją córką.
Kiedy mi się nudziło, pukałam pod 43 i bawiłam się z Kamilą i Dominiką. Ich mama zawsze przygotowywała coś smacznego a do domu zbierałam się dopiero w porze kolacji.

W latach dorosłych swoje gniazdko wiłam w wielu wynajmowanych mieszkaniach.

Sąsiadów nie znałam i nie czułam od nich absolutnie żadnej chęci blokowej integracji.
Mówiliśmy sobie Dzień Dobry i na tym relacja się kończyła.
Bywały jednak wyjątki…

W pewnym okresie mojego krótkiego życia wynajmowałam mieszkanie na poddaszu starej kamienicy na Mokotowie.

Mieszkanie było cudowne, ze skosami, widokiem i atmosferą.
Szybko jednak okazało się, że sąsiad pode mną miał mocny konflikt z właścicielką.
Jak odbijało się to na mnie?

Za każdym razem kiedy w kamienicy wysiadł prąd, sąsiad przybiegał krzycząc, że to przeze mnie, że to mieszkanie nie jest przystosowane, że jak mi wywalą korki to w całej kamienicy też i On to zgłosi, On to z..g..ł..o..s..i !
Korki przy starej elektryce wywalało” nie raz, przełączałam „haczyki” i prąd znowu działał. Kamienica żyła nadal. Nie wybuchła, prądu innym nie wykradłam.

Innym razem mieszkałam na Dolnym Mokotowie.

Paliłam jeszcze wtedy zwykłe papierosy. Traf chciał, że kilka razy peciki wylądowały za parapetem.
Dozorca zwrócił nam na to uwagę więc grzecznie wystawiliśmy popielniczkę nie wyrzucając więcej nic za okno.

Po kilku miesiącach starannego pilnowania się i utrzymywania popielniczki na parapecie a nie na trawniku znaleźliśmy zawieszone na klamce, w foliowej torebeczce, zbiory kiepów z całego osiedla.
Tyle z komunikacji.

Dzisiaj mieszkam na Bródnie, w blokowisku kilkuklatkowym

Jak to w tej dzielnicy, większość „porządnych” obywateli rano wypala papierosa na balkonie, przed wyjściem do pracy.
A ja?
No cuż, nie jestem inna.
Od marca regularnie wychodziłam na słynnego papieroska.
Relaksowałam się na balkonie, popalając dymka przed wyjściem do pracy i po powrocie.
Na stoliczku ustawioną miałam popielniczkę-słoiczek wypełniony wodą.

W okolicy czerwca słyszę walenie (nie pukanie) do drzwi.
Otwieram
– Co Pani tam pali, że tak śmierdzi?!!! Słyszę od łysiejącego dziadka z miną zabójcy wiewiórek.
Nic, normalne papierosy, o co Panu chodzi?
Jakie normalne?! Śmierdzi strasznie! Ja paliłem kiedyś papierosy, to nie dym z papierosów, proszę przestać!

Wychodzę na balkon dalej. Nałóg to nałóg.
Ustawiam się najbardziej po lewej, po zawietrznej, na południe itd.
Dmucham za barierkę co by dziadkowi nie śmierdziało.
Skończyłam, wracam do pokoju.

Mija 10 minut, rozłożona wygodnie na łóżku czytam książkę.
Nagle słyszę walenie pięścią o parapet u sąsiada nade mną.
– Halo, halo! Co Pani pali, że tak śmierdzi?!
Podnoszę się z łóżka, wychylam przez okno i mówię.
– Zwykłe papierosy, 10 minut temu!
– Już ja wiem, żebym Pani kontroli nie zrobił!

Kontrola co prawda nie nastąpiła, ale niesmak pozostał.
Od tamtego czasu, za każdym razem kiedy wychodziłam na papierosa, sytuacja się powtarzała.

Któregoś dnia, zaczęłam rozmowę z sąsiadką zza ściany.
Starsza Pani uprzejmie poinformowała mnie, że mój sąsiad z góry do czerwca nie wiedział, że pod nim ktoś mieszka. Mieszkanie stało puste.
Innymi słowy…. od marca do czerwca moje palenie mu nie śmierdziało.
Dodała również, że „ochrzaniła” go porządnie po kościele, co by młodej dziewczynie dał spokój i sobą się zajął…
Historia mogłaby mieć kontynuację gdyby nie to, że w między czasie przekonałam się do elektronicznego papierosa, którego mogę spokojnie palić bez wychodzenia na balkon.

Dodam tylko, że kiedy w niedzielę mijam sąsiada na korytarzu przy wejściu do klatki, kroczy dumnie z żoną – grubą plupą w hodowanych przez noc loczkach, wędrując do naszego jakże polskiego „kościoła”, nie słyszę nawet Dzień dobry.
Kiedy jest bez owczej żonki, rozsiewa Dzień dobry i Dobranoc każdemu mieszkańcowi napotkanemu w windzie.

Nie tylko negatywne przykłady chcę Wam tu przytaczać 🙂
Za ścianą mam tą właśnie starszą Panią, która mnie obroniła.
Pewnego słonecznego dnia, zapukałam do niej, zamierzając przekazać korespondencję właściciela mojego mieszkania (znają się od lat).
Nie tylko usłyszałam życiowe opowieści z osiedla, ale i dostałam sadzonkę doniczkowego kwiatka.
Na przeciwko natomiast mieszka A. mama małego B.
A. kiedy dowiedziała się, że w mojej rodzinie pojawiło się dziecko, notorycznie zostawiała na mojej wycieraczce torby z ciuchami po swoim synku. Nie chciała nic w zamian.
Na siłę wcisnęłam jej dobrą czekoladę i kawę.
Do dziś mijając się w korytarzu, zatrzymujemy się na co najmniej 20-to minutową ploteczkę o wszystkim i o niczym.

Do całości opowieści dodam pewnego starszego pana.
Nie wiem, na którym piętrze mieszka. Wiem natomiast, że za każdym razem jak mnie widzi, próbuje mnie poderwać!
– Oj Proszę Pani, ja to bym Panią na kawę i ten teges! Z młodości trzeba korzystać! Ja to stary ale jary…
Pan ma ponad 80 lat 😉

– Pani Teges

Dawno, dawno temu, gdy na księdza wołałem Zorro, a na jedzenie „papciu”

mieszkaliśmy wraz z rodzinką na warszawskim Mokotowie.
Blok jakich wiele, usytuowany w idealnym miejscu komunikacyjnym.
Obok nowo powstałe metro, blisko przedszkola, szkoły, autobus i tramwaj.
Blok pomiędzy polskim radiem a TVP, zatem i łatwo o spotkanie tzw. celebrytów.
Wtedy jednak za lat młodości, te rzeczy nie miały dla mnie znaczenia.

Wczesne lata 90-te.

Mieszkaliśmy na piątym piętrze i znaliśmy każdego sąsiada.
Naprzeciwko mieszkała starsza Pani wraz z mężem. Jako jedyni mieli wówczas telefon stacjonarny.
Do dziś pamiętam jak ojciec chodził do sąsiadki żeby wykonać jakieś połączenie.
Zawsze brał ze sobą moniaki żeby od razu zwrócić koszt rozmowy.

Jak mama musiała wyjść do sklepu zostawiała mnie u starszej Pani.

Sąsiadka nie miała żadnych zabawek, więc siedziałem gapiąc się w obrazy na ścianach.
Cały czas mam w uszach tykanie starych zegarów. Tik-tak, tik-tak,

Tik-tak po dziś dzień ten dźwięk przypomina mi tamte czasy i znużenie jakie czułem czekając na powrót mamy.

Obok mieszkał policjant wraz z żoną i córką. Przyjaciele rodziców, często zaglądali do nas, a my do nich. Kontakt nie urwał się mimo ich wyprowadzki.
Zaraz koło schodów mieszkała jedna z lepszych przyjaciółek mamy wraz z dwiema córkami, jedna w moim wieku, więc często razem się bawiliśmy.
Poszliśmy do jednego przedszkola i jednej podstawówki.

Naprzeciw schodów mieszkał chłopak, który miał na bakier z prawem,

Kiedy przychodziła policja, aby o niego wypytać wszyscy sąsiedzi jednym głosem mówili, że dusza człowiek i wspaniały sąsiad i tak w sumie było.

Na końcu korytarza mieszkała samotna matka wraz z dzieciakiem młodszym parę lat ode mnie. Również z nią przyjaźnili się rodzicie i była u nas częstym gościem.

W tamtych czasach znało się każdego sąsiada. Normalnym było pójść pożyczyć szklankę cukru, czy dwa jajka, bo akurat zabrakło.

Jak mama zrobiła pączki wysyłała nas, aby poczęstować sąsiadów. Każdemu zawszę mówiło się dzień dobry, a i trzeba było chwilę przystanąć na korytarzu, aby pogadać o życiu itp. Jednym słowem była to miła wspólnota sąsiedzka, gdzie każdy dla każdego był swego rodzaju bliskim znajomym, a nawet przyjacielem.

Czasy się jednak zmieniły.

Z biegiem lat sąsiedzi się wyprowadzali, wprowadzali się nowi i nagle nie znało się już nikogo. Mokotów stał się mordorem, oazą dla ludzi pracy.
Na ulicach zaczęły biegać korposzczurki śpieszące się do pracy, które dom uznają za hotel.

Nikt już nikomu nie mówił dzień dobry.

Jedyne co się ostało to wymuszone „dziękuję” po wspólnej jeździe windą (sam nie wiem skąd się to wzięło, ale zawsze pada w windzie).

Nagle każdy każdemu był obcy, co również zaczęło się przekształcać w sąsiedzkie wojny. Ta ma pretensje do tego bo za głośny, ten do tej, bo pali na korytarzu itp.
My również mieliśmy sąsiedzką wojnę. Pod nami wprowadziła się starsza Pani. Z początku miła sympatyczna, ale nagle zaczęło się piekło.

Kobieta miała jakąś echolokacje, bo słyszała dosłownie wszystko.
Kiedyś zadzwoniła do nas, że przeszkadza jej stukanie (Sic! Do tej pory nie wiem skąd miała numer!) okazało się, że mama pracowała na komputerze i baba słyszała stukanie klawiszy wtf!?

Jak coś ją obudziło w nocy, to waliła w kaloryfer budząc cały pion… Staraliśmy się ułagodzić spór dostosować do wymogów starszej Pani, ale wiecie jak jest w bloku.
Siedzisz w łazience, kichniesz, a sąsiad mieszkający trzy piętra wyżej powie Ci „na zdrowie”.

Spór przybrał rozmiary absurdu. Sąsiadka potrafiła postawić nam śmieci pod drzwiami. W końcu miara się przebrała. Ojciec poszedł się z nią rozmówić. Nie wiem co jej powiedział, ale od tej pory się uspokoiła i zaczęła nawet mówić „Dzień dobry”.

Warszawa ma to do siebie, że jest kilkoma miastami w jednym.

Nie mam tu na myśli przyjezdnych, ale dzielnice.

Każda dzielnica jest jak osobne miasto,

ma swój klimat i osobne życie.

Na Śródmieściu, żyje się szybko

Ludzie nie odpoczywają, pracują, a dom służy jedynie do spania tudzież przedłużenia imprezy.

Na Saskiej Kępie żyje się wolno

Czas płynie własnym rytmem i mieszkańcy są jak z innego świata.

Na Białołęce mieszkają głównie młodzi ludzie

W strzeżonych osiedlach co sobotę czuć grilla i słychać z oddali muzykę.

Każda dzielnica jest osobnym miastem, każda jest innym światem.

Zupełnie innym światem jest właśnie Bródno.

Zanim się tu wprowadziłem kojarzyło mi się jedynie z wielkimi molochami szaroburych budynków i wszechobecnym dresiarstwem.

Myliłem się i to bardzo. Mieszkam tu już ponad 3 lata i wiem jedno – życie sąsiedzkie kwitnie. Może jest to wynik tego, że ludzie mieszkają, tu ze sobą od kilkudziesięciu lat, a nowi sąsiedzi, zamiast się odcinać wchodzą w przyjęty schemat, a może po prostu jest to klimat tego miejsca, który sprawia, że do każdego człowieka podchodzisz z uśmiechem.

Na Facebooku zmawiają się sąsiedzi

organizując co róż jakieś spotkania, pikniki czy ogólnie mówiąc wydarzenia towarzyskie.
Wchodząc do bloku typowy Seba przytrzyma Ci drzwi i kłaniając się powie dzień dobry. Raz nawet w windzie starszy Pan, którego pierwszy raz widzę na oczy oburzył się na mnie z tekstem:
– a przywitać się To już nie łaska?
– przepraszam najmocniej. Dzień dobry.
Tu każdy z każdym się wita. Nie ważne czy znasz czy nie, tak wypada.

Ludzie mieszkają tu od kilkudziesięciu lat, więc i nic dziwnego, że każdy każdego zna. Dobrym przykładem jest Pan „myślnik”, który mieszka na Bródnie od dłuższego czasu. Jest on jak ten Bubka z kawału, w którym to Bubka zna wszystkich, a wszyscy znają Bubkę. Wystarczy przejść się z nim do sklepu, który oddalony jest raptem parę kroków od domu, aby po drodze przywitał się z 50-cioma osobami…

Nie ukrywam, ze ten klimat bardzo mi odpowiada.

Przypomina mi dzieciństwo, gdzie znało się większość osób mieszkających w bloku. Sąsiadka z naprzeciwka, która zawsze jak mnie widzi żali się, że nie wpadam do niej na herbatę i zawsze zaciekawi rozmową. Przez to nieraz stoję przed własnymi drzwiami z dobrą godzinę wysłuchując przeróżne historie z życia wzięte. Dzięki czemu znów czuję się jak 10-latek.

Nie oznacza to, że nie ma tu sąsiedzkich wojen. Są, ale ludzie się znają więc i szybko dochodzi do rozejmu.

W dzisiejszych czasach żyjemy szybko, pędząc za karierą, pieniądzem itp.

Zapominamy przy tym co w życiu jest najważniejsze.

Traktując dom jak hotel będziemy żyć jedynie pracą. Pogłębiając się tym samym w społecznej samotności. Dlaczego dziś nikt nie zna sąsiadów?

W czasach PRL była bieda wiec każdy sobie pomagał,

Zatem znać sąsiadów wypadało. Dziś mamy inne czasy i czy to oznacza, że sąsiad jest już nam nie potrzebny?

Każdy ma własne życie, własny krąg znajomych i często nie potrzebujemy znać człowieka z naprzeciwka, bo i po co?

Brakuje mi cukru, skoczę do sklepu itp. Warto jednak znać sąsiadów, oni sprawiają, że nasza blokowa samotność się zmniejsza, a i lepsze kontakty przydają się w przypadku organizowania głośniejszych imprez 😉

Na koniec przychodzi mi do głowy pewne przysłowie: „Kochaj sąsiada swego, ale nigdy nie rozbieraj płotu”.

– Pan Ten

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *